Sapa – czy warto jechać do najsłynniejszego miejsca w Wietnamie?

Po wpisaniu w Google Grafika słowa „Wietnam” naszym oczom ukażą się piękne widoki na zatokę Ha Long oraz tarasy ryżowe w Sapa. Są to chyba dwie najpopularniejsze destynacje turystyczne w kraju ze stolicą w Hanoi. W dzisiejszym wpisie przybliżę Wam trochę drugą z nich – opowiem, jak wyglądał mój wyjazd do Sapa i czy warto się tam w ogóle wybierać.

Wesoły autobus

Razem z Martyną wsiadamy do autobusu nocnego, którym z Hanoi mamy dojechać do Sapa. Plusem wietnamskich autokarów są kuszetki, które w teorii zapewniają wygodny sen. W teorii, gdyż dostosowane są do wzrostu Azjatów i będąc Europejczykiem można zapomnieć o wygodnym ułożeniu się i rozprostowaniu nóg.

Inną cechą wietnamskich autobusów jest brak limitu miejsc. Nie ma wolnych kuszetek? Żaden problem, jest przecież podłoga! Nie ma już miejsca na podłodze? Hm, to może pan usiądzie na głowie innego pasażera? Przecież nie zostawimy nikogo samego na dworcu. Poza tym, im więcej tym weselej!

Po 7 godzinach drogi nad ranem docieramy do Sapa. Miały być palmy, słońce i orki z Majorki, tymczasem wita nas deszcz, mgła i przenikliwy chłód. Wysiadając z autokaru wchodzę w wielką kałużę i tym sposobem udaje mi się zmoczyć jedyne buty, które ze sobą zabrałam. Nic nie szkodzi, na pewno szybko wyschną… szczególnie przy wilgotności 90% i braku ogrzewania w budynkach…

Jak nie wybierać się w góry

Przed autokarem czeka na nas gromadka kobiet z górskich grup etnicznych. Oferują oprowadzanie po górach i nocleg w swoich rodzinnych domach. Brzmi super, jednak mamy pewne obawy co do tego, na jaką rodzinę trafimy. Słyszałyśmy historie osób, których przewodniczki zainteresowane były wyłącznie zgarnięciem kasy i po otrzymaniu pieniędzy totalnie olewały sprawę. Nawiązujemy kontakt z jedną z kobiet i szybko okazuje się, że to przedstawicielka właśnie tej grupy. Jest miła i uśmiechnięta podczas przedstawiania programu wyprawy i cennika, a gdy przystajemy na jej ofertę, staje się mrukliwa i niechętna do rozmowy, mimo, że dobrze zna angielski.

Sapa, kobiety, grupy etniczne
Kobiety z jednej z wielu grup etnicznych w Sapa

Całe szczęście na śniadaniu dosiada się do nas jej znajoma, która z uśmiechem nawiązuje rozmowę i opowiada o swojej wiosce. W tym samym czasie przewodniczka, z której usług postanowiłyśmy skorzystać, wygląda jakby miała zasnąć nad talerzem swojej zupy. Pytamy się jej, czy nie ma nic przeciwko, jeśli wyprawę będziemy kontynuować z jej znajomą. Mówi, że póki co tamta jest zajęta, ale możemy u niej nocować.

Po rozgrzewającym rosole jesteśmy gotowe na trekking. Warunki pogodowe nie są najlepsze, tak samo jak i nasze przygotowanie do tej wyprawy. Ile bym dała za buty trekkingowe i płaszcz przeciwdeszczowy… Tymczasem mam na sobie przemakalną wiatrówkę i ślizgające się adidasy. Szkoda, że nie sandały ze skarpetami, wtedy byłabym już stuprocentowym Januszem (z całym szacunkiem do wszystkich posiadaczy tego imienia).

Sapa, Wietnam

Idziemy wąską, błotnistą drogą, starając się dotrzymać kroku naszej przewodniczce, która w poprzednim wcieleniu musiała być kozicą górską. Jak przystało na wzorową niezdarę zaliczam upadek i ląduję w błocie. Przynajmniej mogę poczuć się jak na Woodstocku, na który w tym roku nie uda mi się dotrzeć.

Idziemy dalej. Trasa robi się coraz trudniejsza, znowu zaczyna padać deszcz, a my… zaczynamy wspinaczkę po skałach! Co tu się wyprawia? Przed ruszeniem w trasę przewodniczka spytała nas, czy chcemy iść trudnym szlakiem i jednogłośnie zaprzeczyłyśmy.

– Czy to jest ten łatwy szlak? – pytam ze szczerą ciekawością.

– Przecież mówiłyście, że ma być trudny –przewodniczka wygląda na zaskoczoną.

– Że ma NIE być trudny.

– A, to przepraszam. Usłyszałam tylko „trudny”.

No tak, to by wyjaśniało wdrapywanie się po śliskich skałach i brak innych ludzi na szlaku. Mimo wszystko jesteśmy dobrej myśli i nie możemy doczekać się zobaczenia pięknych gór i tarasów ryżowych, z których słynie Sapa. Po wdrapaniu się na szczyt widzimy jednak jedynie… mgłę. Na pocieszenie nasza przewodniczka robi nam serca z trawy, z którymi możemy zrobić sobie zdjęcia zamiast fotek z widokami w tle. Też dobrze.

Nie zapowiada się na poprawę pogody, więc decydujemy się na zejście z góry. Droga w dół jest oczywiście trudniejsza, jest ślisko i stromo. Szybko nadarza się kolejna okazja na bliższe zapoznanie z górskim gruntem. Znów ląduję w błocie.

Sapa, Wietnam
W błocie, ale szczęśliwa. Mentalnie wciąż mam 5 lat. 🙂

Zapłać to będziemy mili

Po jakimś czasie na szlaku spotykamy w końcu żywą duszę. Jest to znajoma naszej przewodniczki, która zmierza akurat do tej samej wioski, co my. Dołącza się i pomaga nam w trudniejszych etapach wędrówki, przytrzymując nas podczas schodzenia z urwistych zboczy i zdrapywania się ze skał. Zaliczamy jedną wspólną glebę, do tego ja kilka samotnych upadków i tym sposobem docieramy do wioski, w której zatrzymujemy się na lunch.

Kobieta, która nam towarzyszyła chce nam sprzedać swoje szaliki. No tak, w takim miejscu jak Sapa nie ma bezinteresownej pomocy… Może gdyby były to spodnie, buty lub skarpetki to przygarnęłabym je do mojego wybrakowanego bagażu. Niestety szalik to ostatnia rzecz, której w tym momencie potrzebuję, więc grzecznie odmawiam. Kobieta nie wygląda na zadowoloną. Rozstajemy się w nienajlepszych stosunkach i idziemy coś zjeść.

Podczas lunchu podchodzą do nas dzieci, chcące sprzedać nam ręcznie robione bransoletki. W Sapa takich młodych przedsiębiorców nie brakuje. Wielu rodziców zamiast do szkoły, wysyła swoje pociechy na ulicę, aby tam wciskały różne wyroby turystom lub po prostu prosiły o pieniądze. Obcokrajowcy częściej decydują się na przekazanie gotówki dziecku niż dorosłemu. Taka forma pomocy jest jednak wątpliwa. Zamiast spędzać czas na nauce, dzieci uczą się żebractwa. Wielu ludzi w Sapa nie potrafi pisać ani czytać, za to bardzo dobrze idzie im naciąganie turystów. Jest to smutny widok.

Sapa, Wietnam, dzieci

Ciemna strona Sapa

Po lunchu ruszamy w dalszą wędrówkę. Tym razem nieco łatwiejszym, ale też i bardziej zatłoczonym szlakiem. Po drodze mijamy wiele kobiet, pracujących w górach. W grupach etnicznych w Sapa to właśnie kobiety są zazwyczaj odpowiedzialne za utrzymanie rodziny. Zajmują się oprowadzeniem turystów po górach, szyciem ubrań czy pracą w polu. Mężczyźni natomiast pełnią rolę gospodyń domowych.

Popołudniu docieramy do wioski rodziny, u której mamy zatrzymać się na noc. Ich dom położony jest w malowniczym miejscu, pośrodku pól ryżowych. Jest dość duży i prezentuje się bogato przy innych chatach w wiosce. W środku wita nas uśmiechnięta kobieta, którą poznałyśmy na śniadaniu.

Sapa, dom
W domu naszej przewodniczki

W domu nie ma okien, jest za to rozpalone ognisko, przy którym siadamy, by trochę się ogrzać i wysuszyć. Kobieta zaparza herbatę i razem z dziećmi przygotowuje obiad. Wieczorem zasiadamy do stołu z całą rodziną. Są niezmiernie życzliwi i gościnni, sprawiają, że czujemy się jak w domu. Po pysznym posiłku, pani domu wyciąga plastikową butelkę wina ryżowego domowej roboty. Pali gardło, ale przynajmniej dobrze rozgrzewa. Rozmawiamy o życiu w górach, pytamy o to, jak wygląda tutejsza codzienność. Wraz z ilością ubywającego z butelki wina, kobieta staje się bardziej otwarta i zaczyna zwierzać się z problemów, z którymi na co dzień mierzy się jej rodzina. Opowiada o mafiach porywających dziewczynki z okolic Sapa, aby potem sprzedawać je jako żony w Chinach, gdzie jest obecnie problem z brakiem kobiet. Taki los spotkał jej siostrzenicę. Z przymusu wyszła za mąż za jakiegoś Chińczyka. Jej rodzina ma z nią kontakt telefoniczny, ale nie może jej pomóc. Pytamy się, dlaczego stamtąd nie ucieknie?

Nie zna języka, nie potrafi pisać ani czytać, nie ma pieniędzy i znajduje się gdzieś na drugim końcu Chin, sama do końca nie wie gdzie. Jej szanse na powrót do domu są niewielkie. Państwo nie pomaga ludziom w Sapa w walce z przestępcami. Jako grupa etniczna, nie znająca wietnamskiego, nie mają co liczyć na zainteresowanie ze strony rządu czy mediów.

W butelce nie ma już śladu po winie ryżowym. Kładziemy się na materacu i okrywamy ciepłym kocem. W głowie przewija się wiele myśli.

Czy warto jechać do Sapa?

Możliwość poznania lokalnych mieszkańców, porozmawiania z nimi i przyjrzenia się ich życiu była niesamowitym doświadczeniem. Miałyśmy szczęście trafić na ciepłą i miłą rodzinę, która potraktowała nas bardziej jak przyjaciół niż klientów. Z doświadczeń znajomych wiem jednak, że nie zawsze tak to wygląda. Zdarza się, że ludzie nastawieni są wyłącznie na biznes, byle odklepać wycieczkę po górach, a potem o 7 wieczorem zgasić światło w domu i powiedzieć, że czas do spania.

Rzeczą, która nie podobała mi się w Sapa było nastawienie wielu lokalnych mieszkańców do turystów, czyli traktowanie ich jak chodzące bankomaty. Zdaję sobie sprawę, że ludzie są tam biedni, jednak nie usprawiedliwia to prób oszukiwania i nachalnego wciskania pamiątek. Momentami Sapa przypominało mi trochę Zakopane. Jeśli ktoś lubi takie klimaty, to na pewno będzie zadowolony. Nie brakuje tu guesthouse’ów, sklepików z pamiątkami i knajp zapełnionych przez obcokrajowców. Jeśli jednak preferuje się miejsca mniej turystyczne, to jako alternatywę zdecydowanie polecam wyprawę do Ha Giang. Jest to miejsce jeszcze nieodkryte przez tłumy obcokrajowców, z zapierającymi dech w piersi widokami i niesamowicie miłymi ludźmi. Dzieci uśmiechają się tam do przybyszów i podbiegają, by przybić piątkę, a nie prosić o pieniądze. Więcej o Ha Giang możecie przeczytać we wpisie tutaj.

Na koniec jeszcze kilka zdjęć z Sapa. Jak widać pogoda nam za bardzo nie dopisała…

Sapa: oczekiwania vs rzeczywistość

ludzie w Sapa

Dziewczynka w Sapa

Kobieta w Sapa

Wioska naszej przewodniczki
Wioska naszej przewodniczki

 

 

12 komentarzy

  1. wybieramy się do Hanoi w kwietniu i generalnie zakładałam że z Hanoi wyskoczymy do Sapy i Ha long bay, wszystkie noclegi w Hanoi. No a teraz mam zgryza jak to zrobić ? Jak może prezentować się Sapa w kwietniu i czy wyprawa zawsze musi kończyć sie nocowaniem w wiosce ?

    1. Z Hanoi do Sapy jest spory kawałek, więc myślę, że lepiej byłoby zaplanować choć jeden nocleg na miejscu. 🙂 Nie musi być to koniecznie nocleg w wiosce – choć dla mnie było to ciekawe doświadczenie, to warunki w homestay’u były dość spartańskie i na pewno nie każdemu by się to spodobało. Ale Sapa to miasto, w którym bez problemu można takżę znaleźć hotele czy domy gościnne.

      Jeśli chodzi o kwiecień to myślę, że jest to dobry termin – nie będzie już za zimno. Choć pogody w górach nie da się przewidzieć – ja byłam właśnie w kwietniu i akurat te kilka dni padało i była straszna mgła, a kiedy wyjechałam była piękna, słoneczna pogoda… Mam nadzieję, że Wam trafi się słońce i Sapa będzie prezentować się przepięknie! Ale nawet jeśli nie, to miejsce jest i tak piękne 🙂

  2. Moja córka mieszkała u rodziny w Sapie i twierdzi, że to było najbardziej hardkorowe doświadczenie z całego pobytu w Azji. Pani domu też wybrała się z nią na treking, ale raczej bez uprzedzenia i moja Hanka odbyła treking w piżamie 🙂

  3. My też mieliśmy kilka ścięć z paniami z różnych plemion – część z nich nastawiona jest bardzo przyjaźnie i rzeczywiście chce świadczyć jak najlepsze usługi, ale niestety część czeka tylko i wyłącznie na kasę i niezawracanie głowy. Ze wspomnianej przez Ciebie okazji zakupu szala skorzystałam – akurat był zbawienny na moje spalone słońcem nogi, idealnie przykrywał je w trakcie jazdy skuterkiem 😉 Co do porównania zdjęć “oczekiwania-rzeczywistość” – mieliśmy widoki właśnie takie jak po lewej, czyli oczekiwania pokryły się w 100% z rzeczywistością 😀 Ale byliśmy w Sapie we wrześniu, czyli w czasie gdy ryż jest już dojrzały i zaczynają się zbiory. Dzięki za przypomnienie tamtych chwil, Wietnam skradł moje serce…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *