O mnie

Przyjaciele nazywają mnie słoniem w składzie porcelany. Fakt, zdarza mi się potykać na prostej drodze czy psuć rzeczy, których dotknę, a w wyzwaniu zjedzenia obiadu bez pobrudzenia się nie miałabym szans z 3-latkiem.

W podróżach od jakiegoś czasu bliżej mi jednak do żółwia niż do słonia (niestety nie gabarytowo). Moja pasja to slow travelling, czyli powolne podróżowanie. Zamiast zobaczenia pięciu miejsc w jeden dzień, wolę przez pięć dni siedzieć w jednym miejscu, poczuć jego klimat, poznać mieszkańców, przejść się mniej utartymi szlakami.

Czasem zostanę gdzieś trochę dłużej niż pięć dni. Tak było w przypadku Wietnamu, w którym jestem już od… ponad roku. Zakochałam się w krajach Azji Południowo-Wschodniej, w uśmiechniętych ludziach, pysznym jedzeniu, pięknej pogodzie i panującym tu swoistym rozgardiaszu.

Jak to się zaczęło?

Pasję do podróżowania od najmłodszych lat zaszczepili we mnie rodzice. Moją pierwszą wyprawą był wyjazd nad polskie morze w wieku 5 miesięcy. Ponoć tak mi się spodobało, że z ekscytacji nie mogłam w nocy spać (ani dać spać rodzicom). Potem były rodzinne wyjazdy po Polsce i Europie. Wspólne planowanie wakacji i odliczanie dni do wyjazdu to jedne z najlepszych wspomnień z mojego dzieciństwa.

W liceum i na pierwszych latach studiów nie mogłam co prawda pochwalić się najlepszymi ocenami w nauce, ale za to udało mi się zdobyć niemalże ekspercką wiedzę z zakresu niskobudżetowego podróżowania (czy powinnam to wpisać do CV?). Autostop, couchsurfing, tanie linie lotnicze, wolontariaty… Z fascynacją odkrywałam nowe możliwości poznawania świata i planowałam kolejne wyjazdy.

Moim marzeniem była daleka, kilkumiesięczna podróż po Azji. Chciałam podróżować bez pośpiechu, nie martwić się datą powrotną na bilecie czy też listą rzeczy do nadrobienia w szkole/pracy po zakończonych wakacjach. Po trzecim roku studiów wzięłam urlop dziekański i wyjechałam do Anglii, aby zarobić pieniądze na wyjazd. Po kilku miesiącach trzymałam w ręku upragniony bilet do Bangoku.

Odwiedziłam Tajlandię, Birmę i Wietnam, który niespodziewanie stał się moim drugim domem. Obecnie mieszkam w Hanoi, gdzie pracuję jako nauczycielka angielskiego. W wolnym czasie piję dużo wietnamskiej kawy, uczę się hiszpańskiego i błądzę po mieście. Na blogu piszę o życiu w tym pięknym, szalonym kraju, o podróżach i o spełnianiu marzeń. Pokazuję, że aby zwiedzać świat nie potrzeba ani dużych pieniędzy ani nawet umiejętności takich jak czytanie map czy odróżnianie strony prawej od lewej.

4 komentarze

  1. A czy słyszałaś o jakiś intensywnych kursach wietnamskiego dla obcokrajowców, które organizowane są na miejscu, w Wietnamie? Zaczęłam trochę uczyć się wietnamskiego sama i co raz bardziej zaczyna pociągać mnie perspektywa nauki tego języka na miejscu 😉

    1. Tak, kurs można znaleźć na miejscu. Ja niedawno ukończyłam kurs dla początkujących i zdecydowanie polecam! Płaciłam 5 dolarów za 1,5- godzinne zajęcia w 3-osobowej grupie 🙂

  2. Czy masz wykształcenie albo jakiś certyfikat potwierdzający znajomość angielskiego? Ciekawi mnie, czy to potrzebne, by dostać pracę jako nauczyciel w Wietnamie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *