Welcome to Jordan, czyli jak przywitała nas Jordania

Po powrocie z Maroka, w którym trafiłam na niezbyt miłych ludzi, byłam oszukiwana na każdym kroku i musiałam uciekać przed ulicznymi rabusiami (cała historia opisana tutaj) postanowiłam, że za szybko nie wrócę do kraju arabskiego. Ale potem znalazłam bilety do Jordanii za 200 złotych… Telefon do przyjaciółki i szybka decyzja – lecimy!

Chętnych znalazło więcej i ostatecznie zebrała się grupa… piętnastu osób. Idealnie, żeby wynająć trzy samochody i wyruszyć w road trip po Jordanii. Road trip, podczas którego nie zabraknie dziwnych akcji typowych dla krajów arabskich. I który okaże się jednym z najlepszych wyjazdów, na jakim byłam, z najlepszą ekipą, jaką można sobie wyobrazić. 🙂

Welcome to Jordan!

Lądujemy w Ammanie i udajemy się do wypożyczalni samochodów. Auta zarezerwowaliśmy i opłaciliśmy przez internet jeszcze w Polsce, więc liczymy, że ich odbiór nie zajmie dużo czasu. Nic bardziej mylnego – na samochody czekamy prawie trzy godziny. No cóż, trzeba przestawić się na czas jordański, który jak widać płynie wolniej.

Ruszamy w kierunku Madaby. Podróż urozmaicają pojawiające się co chwilę nieoznaczone progi zwalniające (również na drogach szybkiego ruchu). Nie brakuje też aut jadących pod prąd czy niezrozumiałych znaków drogowych jak np. poniższy nakaz jazdy w prawo i w lewo. Stan dróg jest za to całkiem niezły.

Jordania, przepisy drogowe, znaki drogowe

Pierwszego dnia mamy w planach wejście na górę Nebo, z której Mojżesz miał zobaczyć Ziemię Obiecaną. Nie jest nam to jednak dane, gdyż okazuje się, że miejsce otwarte jest do godziny 19, a my docieramy do niego o 18.55 (po co sprawdzać godziny otwarcia obiektów?). Jedziemy więc dalej przed siebie w poszukiwaniu innej miejscówki na zachód Słońca. Wygląda na to, że jesteśmy jedynymi obcokrajowcami w okolicy. Jordańczycy uśmiechają się do nas, machają i zapraszają na sziszę. Co chwilę słyszymy słowa „Welcome to Jordan!” Jesteśmy pozytywnie zaskoczeni jordańską gościnnością i serdecznością.

góra nebo, jordania, krajobraz, góry
Okolice Góry Nebo
jordania, zachód słońca

Chatka Beduina Samiego

Następnego dnia mamy jechać do kanionu Wadi Mujib. Niestety okazuje się, że kanion jest zamknięty ze względu na zbyt wysoki poziom wody. To już kolejna, po Górze Nebo, atrakcja, której nie zobaczymy. Mamy nadzieję, że na czas naszego przyjazdu nie zamkną chociaż Petry…

Postanawiamy pojeździć po okolicy. Widoki są przepiękne. Zatrzymujemy się w chatce Beduina Samiego, położonej na szczycie góry. Sami to przemiły Jordańczyk. Częstuje nas tradycyjną kawą z kardamonem, ciastkami i przekąskami. Dobrze mówi po angielsku, bo kiedyś mieszkał w Stanach. Zrezygnował z nieźle płatnej posady i wykupił kawałek ziemi po środku niczego. W swojej chatce prowadzi małą knajpę, którą planuje rozszerzyć o guest house. Z zainteresowaniem słuchamy jego historii i popijamy aromatyczną kawę z widokiem na góry.

Jordania, droga, road trip, krajobraz, góry
W drodze do Chaty Samiego
kawa z kardamonem, Jordania, widok, Gand Canyon
Tradycyjna kawa z kardamonem

beduin, jordania

Sami nie chce od nas żadnych pieniędzy, ale nie zgadzamy się i płacimy za kawę i jedzenie. Na drogę daje nam jeszcze baniak z wodą. Robimy sobie wspólne zdjęcia i dziękujemy za gościnę.

Namiary na knajpę Samiego znajdziecie tutaj. Uwaga! Sami był dla nas przemiłym gospodarzem, ale niektóre opinie na Google pokazują, że nie wszyscy mają takie same doświadczenia. W krajach arabskich warto być gotowym na wszystko. 🙂

Morze Martwe – gdzie znaleźć darmową plażę i czego się na niej spodziewać

Po wizycie u Samiego udajemy się nad Morze Martwe. W ramach godnego reprezentowania polskiej cebuli, zamiast plaży strzeżonej, wybieramy dziką. W zasadzie „plaża” to za dużo powiedziane – jest to błotniste, dość strome zbocze pełne kamieni i śmieci.

Oszczędzamy dzięki temu około 150 złotych, ale w pakiecie otrzymujemy gromadę Arabów, którzy stają przy brzegu, gapią się na nas i z ukrycia robią zdjęcia. Prosimy, żeby schowali telefony i poprzestają tylko na gapieniu się. Nie jest to zbyt komfortowe, ale w krajach arabskich trzeba liczyć się z takim zachowaniem, szczególnie jeśli nie jest się w miejscu turystycznym.

Podobne sytuacje miałam już w Wietnamie, więc nie przejmuję się spojrzeniami lokalnych gapiów. Niektóre dziewczyny rezygnują jednak z wejścia do wody. Jeśli zależy Wam na braku obserwatorów, warto zapłacić i wybrać się na plażę strzeżoną.

Kąpiel w Morzu Martwym to wyjątkowe doświadczenie. Leżymy na tafli wody nasmarowani błotem z morskiego dna. Zdecydowanie warto odwiedzić to nietypowe miejsce, będąc w Jordanii. Szczególnie, że poziom wody cały czas się obniża i naukowcy twierdzą, że do 2050 roku Morze Martwe zniknie z mapy świata.

Kąpiel to atrakcja na 15-20 minut – trudno dłużej wytrzymać w tak słonej wodzie. Szczególnie jeśli przez przypadek dostanie się ona do oczu i ust (naprawdę nie polecam). Piec będą też nawet najmniejsze ranki czy zadrapania. Jeśli wybieracie się na dziką plażę, warto zabrać ze sobą baniaki z wodą do późniejszego obmycia się.

Dzika plaża, na której byliśmy znajduje się dokładnie tutaj: 31°35’50.1″N 35°33’34.9″E. Miejsce można łatwo rozpoznać po znajdującym się tam parkingu i Jordańczykach spacerujących z ręcznikami.
Szukanie dzikiej plaży na własną rękę nie jest dobrym pomysłem ze względu na nierówne spadki dna morskiego i ryzyko wpadnięcia w dziurę.

Awaria

Ostatnim punktem dnia mają być gorące źródła. Okazuje się, że dołączą one do Góry Nebo i kanionu Wadi Mujib, czyli miejsc, których na tym wyjeździe nie zobaczymy…

W jednym z trzech samochodów nagle coś zaczyna się palić. Znajomi zatrzymują się na zjeździe i wyskakują z auta. Z rozgrzanej maski unosi się dym. Znajdujemy się po środku niczego – wokół tylko pustynia, góry i… kilku Jordańczyków, biwakujących przy ognisku. To, że urządzili sobie piknik akurat na tym zjeździe jest darem od losu. Pomagają nam zadzwonić do wypożyczalni aut. Pomoc ma przyjechać za 40 minut. W międzyczasie zauważamy, że w drugim samochodzie z opony zeszło powietrze. Zapasowa jest za mała, żeby przejechać dłuższą trasę. Kolejny raz dzwonimy więc do wypożyczalni.

beduini

To by było na tyle, jeśli chodzi o gorące źródła. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jordańczycy zapraszają, aby dołączyć do pikniku. Siadamy na kocu/dywanie obok ogniska, częstujemy się słodką herbatą i patrzymy jak nowopoznani znajomi tańczą w rytm tradycyjnej arabskiej muzyki, która rozbrzmiewa z wielkiego głośnika-walizki. Za chwilę tańczymy już razem z nimi. Uczą nas kroków, które polegają głównie na skakaniu i podrzucaniu gałęzi. Potem my zapoznajemy ich z polskimi kawałkami. Szczególnie podoba im się Miłość w Zakopanem, przy której robią z nami pociąg. Jeśli kiedyś trafią na polskie wesele, będą już wiedzieć co robić. Mężczyźni chcą podzielić się z nami kurczakiem, ale z racji, że jest nas piętnastu, odmawiamy. Po raz kolejny przekonujemy się jak miłymi i gościnnymi ludźmi są Jordańczycy.

beduini, taniec

Śpiewamy i tańczymy boso przy zachodzącym słońcu. Jakby ktoś zobaczył nas z boku, stwierdziłby pewnie, że to wycieczka osób specjalnej troski.

Wokół nas niesamowity pustynny krajobraz, który dotychczas znaliśmy tylko z książek i atlasów geograficznych. Jest pięknie… Najlepszych chwil w podróży nie da się zaplanować.

Powrót

Wracając do tematu zepsutych samochodów…

Po 40 minutach nie pojawia się nikt z wypożyczalni. Po 2 godzinach też nie. Kiedy dzwonimy trzeci raz, okazuje się, ze dopiero wyjeżdżają… Robi się ciemno i choć bardzo polubiliśmy naszych arabskich towarzyszy, wizja spędzenia z nimi nocy na pustkowiu brzmi średnio. Jest nas piętnastu, mamy jeden sprawny samochód i ponad godzinę drogi do Madaby. Wypożyczalnia okazała się jak na razie niezbyt pomocna, decydujemy się wiec rozdzielić i partiami wracać do hostelu.

jordania, droga, podróż

Na szczęście, gdy pierwsza ekipa dojeżdża do miasta, na miejsce awarii w końcu przyjeżdża pomoc. Za niedługo wszyscy spotykamy się w Madabie.

Jesteśmy zmęczeni i strasznie głodni. Naszym ostatnim posiłkiem była kawa i ciastko u Samiego. Nie mamy siły szukać jordańskiego jedzenia i idziemy do pizzerii obok hostelu. Za ladą wita nas uśmiechnięty Jordańczyk i pyta skąd jesteśmy. Po kilku minutach w lokalu rozbrzmiewa… Mazurek Dąbrowskiego. I jak tu nie lubić Jordańczyków? Na odchodne daje nam jeszcze polski przewodnik po Jordanii, który w lokalu zostawili inni Polacy.

kawa z kardamonem, ciastka z daktylami, jordańskie słodycze
Kawa z kardamonem i ciastka z daktylami u Samiego

Bilans po pierwszych dwóch dniach w Jordanii:

  • dwa zepsute samochody,
  • kilkunastu arabskich paparazzi nad Morzem Martwym,
  • pięciu pomocnych, gościnnych Jordańczyków na pustkowiu,
  • jeden Beduin Sami,
  • niezliczone okrzyki „Welcome to Jordan!”.

A to dopiero początek wyjazdu, na którym przydarzy nam się jeszcze wiele dziwnych rzeczy… Ciąg dalszy w następnym wpisie. 🙂

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *