Miasto wykute w skale – Petra

Petra. Skalne, różowe miasto. Jeden z siedmiu cudów świata. Świątynie wykute w skałach, mające po kilka tysięcy lat. Słynny Skarbiec, w którym Indiana Jones odnalazł Świętego Graala…

Czy po takim opisie włącza Wam się czerwona lampka? A może tak jak ja, jesteście na tyle naiwni, że za każdym razem wierzycie magazynom podróżniczym, w których znane miejsca wyglądają zupełnie inaczej niż w rzeczywistości? Cisza, spokój, brak tłumów turystów i lokalsów krzyczących good price, my friend!

Jak to wygląda w Petrze? Czy skalne miasto słusznie znajduje się na liście marzeń prawie każdego podróżnika?

Przez żołądek do Petry

Na miejsce dojeżdżamy późnym wieczorem. Zatrzymujemy się w jednogwiazdkowym hotelu w centrum Wadi Musa – miasta, położonego obok Petry. Jeśli skalne miasto nie jest dla kogoś wystarczającą motywacją, żeby wyjść z hotelu, na pewno będzie nią grzyb na ścianach i wielki karaluch w pokoju. Nasz hotel ma jednak jedną zaletę – taras z widokiem na miasto.

Wadi Musa, hotel, taras, widok

Na kolację trafiamy do świetnej knajpy Beit Al-Barakah. Pyszne jedzenie i super właściciel sprawiają, że następnego dnia też tam idziemy. Dostajemy zniżkę na jedzenie (nasza piętnastoosobowa grupa zajmuje połowę lokalu), a także jordańską herbatę i baklawę gratis.

Pierwszy raz z kuchnią arabską zetknęłam się w Maroku i nie wspominam tego najlepiej. Do Jordanii wybrałam się więc bez wysokich oczekiwań kulinarnych. Zostałam jednak pozytywnie zaskoczona. Oprócz falafeli, humusu i pity, których nikomu chyba nie trzeba przedstawiać, moje serce skradł mutabal – pasta z bakłażana, shawarma – jordański kebab i musqaea – danie z pomidorami, ziemniakami i bakłażanem.

jordańskie jedzenie, musqaea
Musqaea

Petra w jeden dzień – jak to zrobić?

Czy jeden dzień na Petrę wystarczy? Tak, i jest sposób, by zrobić to bez ganiania w tę i z powrotem. Zamiast wejść główną bramą, podchodzimy do Jordańczyków z jeepami (można ich znaleźć na parkingu na wzgórzu po prawej stronie), którzy zabierają nas na drugi koniec skalnego miasta. Dzięki temu nie musimy dwukrotnie na pieszo pokonywać tej samej trasy. Dodatkowo zaliczamy off-road po górach, które podziwiamy, siedząc w bagażniku jeepa (nie żałuję żadnego siniaka).

jordania, petra, jeep
Jeepem przez Petrę

Przed wejściem do samochodu lepiej trzy razy upewnić się co do ceny. Kierowcy mają bardzo słabą pamięć i po dowiezieniu nas na miejsce chcą więcej pieniędzy niż to było ustalone.

W Petrze jesteśmy po godzinie 7 rano. Choć sama nie jestem fanką wczesnych pobudek, tym razem była to świetna decyzja. Pierwsze godziny wędrówki, bez tłumów ludzi, osłów i wielbłądów, są naprawdę magiczne.

Petra, krajobraz, góry

Docieramy do słynnego Skarbca Faraona, symbolu Petry. Ogromna budowla wykuta w skale robi niesamowite wrażenie, choć wygląda trochę inaczej niż na zdjęciach. Oprócz nas nie ma prawie nikogo. Jemy śniadanie na skałach z widokiem na Skarbiec.

Za jakiś czas dowiadujemy się, że jednak nie jest to Skarbiec, lecz klasztor Ad-Dajr. Cóż, do najbardziej spostrzegawczych nie należymy, Indiana Jones byłby zażenowany. Ruszamy więc dalej w kierunku kryjówki świętego Graala.

Petra, Klasztor
Klasztor Ad-Dajr

50 odcieni Petry

Niektóre miejsca są na tyle wyjątkowe, że gdy widzimy je po raz pierwszy, zupełnie nie przypominają nam czegokolwiek, co widzieliśmy w przeszłości. Przez to wydają się magiczne i wręcz nierealne. Tak czułam się w Birmie w Baganie – mieście z ponad 2 tysiącami świątyń, i tak poczułam się w Petrze.

Zbliżamy się do Skarbca Faraona (tym razem tego prawdziwego). Na trasie jest coraz więcej ludzi, a także straganów z szalikami i magnesami. Co ciekawe, ceny pamiątek w Petrze są niższe niż w Wadi Musa. Podobno jest tak dlatego, że na terenie skalnego miasta sklepikarze nie muszą płacić podatków.

Mijamy wielkich jak trzydrzwiowe szafy turystów, którzy trasę pokonują na osłach. Widać, że każdy krok sprawia zwierzętom ogromny wysiłek. Wyglądają jakby miały zaraz paść ze zmęczenia. Cytując Einsteina, Tylko dwie rzeczy są nieskończone – wszechświat i ludzka głupota.

W końcu dochodzimy do Skarbca. Budowla na żywo jest faktycznie imponująca.

Petra, Skarbiec Faraone

Od Skarbca do głównej bramy idziemy malowniczym kanionem. Co chwilę zmienia się kolor otaczających nas skał. Przeróżne odcienie brązu, różu, czerwieni i żółci.

kanion, wąwóz, jordania, petra
petra, wąwóz

Cud świata

Nowe siedem cudów świata – każdy o nich słyszał, każdy chciałby je zobaczyć, ale nie każdy wie, jak ta słynna lista powstała. Za jej stworzenie zabrała się prywatna szwajcarska firma NOWC. Zwycięzcy mieli zostać wyłonieni w głosowaniu telefonicznym i internetowym. Po oddaniu jednego głosu, kolejny można było kupić od organizatora, co wywołało sporo kontrowersji.

Oprócz tego, w wielu krajach zorganizowano akcje mobilizujące mieszkańców do głosowania. W promowanie Petry włączyła się nawet jordańska rodzina królewska. Udało się – Petra została jednym z siedmiu cudów świata. Genialny slogan, przyciągający masy turystów z całego świata. I świetna okazja na podniesienie cen (jednodniowa wejściówka kosztuje aż 50 dinarów, czyli 270 zł; bardziej opłaca się kupić Jordan Pass – w pakiecie z wizą).

Choć Petra jest mocno turystyczna i momentami przypomina Krupówki, nie można odmówić jej wyjątkowości. Niesamowita natura, kolorowe kaniony i arcydzieła wykute w skałach tworzą piękną całość. Spacer po ruinach miasta Nabatejczyków to coś, co zdecydowanie warto zrobić chociaż raz w życiu.

Petra, klasztor
petra, skalne miasto, skarbiec faraona
petra, skalne miasto

Niezapomniane pożegnanie z Petrą

Są tacy ludzie, którzy jak magnesy przyciągają dziwne akcje i problemy w podróży. Oczywiście zaliczam się do tej grupy. Tak samo jak dwójka moich przyjaciół, którzy także byli ze mną w Jordanii. Gdy jedziemy gdzieś razem, zazwyczaj nieodłącznym punktem podróży jest spisywanie jakiegoś raportu na policji (nie inaczej było w Jordanii, ale o tym w następnym wpisie). W Petrze obyło się bez żadnych problemów, więc coś musiało wydarzyć się następnego dnia.

Z rana wyjeżdżamy w kierunku Morza Czerwonego. Jedziemy przez okoliczne miasteczka i wsie. Słońce, bezchmurne niebo, w głośnikach Country roads, take me home…. Road trip marzenie.

Nagle słyszymy jak coś z hukiem uderza w nasz samochód. Patrzę się na moich przyjaciół, licząc, że się przesłyszałam. Wyglądają na równie zaskoczonych sytuacją. Za chwilę słyszymy kolejne uderzenie. Automatycznie chowamy głowy za fotelami. Zachciało nam się podróży na Bliski Wschód…

Na szczęście to nie strzały, a „tylko” kamienie. Poustawiani wzdłuż drogi młodzi chłopcy – kwiat jordańskiej młodzieży – celują w nas kamieniami wielkości cegłówek. Świetna zabawa.

Słyszymy trzecie uderzenie. Na szczęście Rafał, nasz niezawodny kierowca, nie wpada w panikę i za chwilę udaje nam się wyjechać z tej pięknej wioski. Zatrzymujemy się na najbliżej stacji, żeby ocenić straty. Samochód nie wygląda najlepiej. Karoseria jest widocznie wgięta w trzech miejscach. Mieliśmy szczęście, że nie trafili w szybę – dostanie takim kamieniem w głowę mogłoby się skończyć naprawdę źle.

To samo przytrafia się naszym znajomym, którzy jadą kawałek za nami. Także zostają wciągnięci do tej jordańskiej zabawy, z której wychodzą z poobijanym autem.

W ten sposób żegnamy się z Petrą. Nie wiem, czy bardziej zaskoczyły mnie świątynie w skałach czy też skały w rękach jordańskich dzieci. 🙂

Pierwsza część wyprawy z Jordanii (o kąpieli w Morzu Martwym, spotkaniu z Beduinem Samim i zepsutych samochodach na pustkowiu) tutaj.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *