Jedno oko na Maroko, drugie na swój plecak z portfelem, czyli wrażenia z Marrakeszu

Powitanie w marokańskim stylu

Lądujemy na nowoczesnym lotnisku w Marrakeszu. Słońce. Błękitne niebo. Dwadzieścia kilka stopni. Widok zaśnieżonych gór… I kierowca taksówki, wydzierający się na nas, że mamy wracać do swojego kraju, bo zamiast skorzystania z jego usług czekamy na autobus. Tak w skrócie wita nas Maroko. Kraj pełen kolorów, zapachów, przepięknych widoków i specyficznych ludzi.

Wsiadamy do autobusu, nie przejmując się taksówkarzem, który chyba rzuca na nas jakąś klątwę. Docieramy do medyny – zabytkowego centrum miasta. Czuję się trochę jak w domu – chaos, który tam panuje przypomina mi ten z miast w Azji Południowo-Wschodniej. Hałas, skutery, które wymijają cię na milimetr, ryczące osły i lokalni handlarze, wciskający wszystko od garnków do tadżinów, przez dywany, po viagrę.

Klimat jest specyficzny, ale jeśli ktoś lubi miejsca, w których panuje totalny zamęt, to na pewno odnajdzie się w Marrakeszu. Spacerując wąskimi, krętymi uliczkami, w otoczeniu budynków z czerwonej gliny i ludzi w tradycyjnych strojach (Berberowie w kapturach przypominają trochę wojowników Jedi) można poczuć się jak na planie jakiegoś filmu.

Nasz hostel (Corner Hostel) znajduje się w oku cyklonu, czyli w centrum medyny. Do jego zalet należą niska cena (5 euro za noc ze śniadaniem), dobra lokalizacja oraz fajny taras na dachu. Do wad – wątpliwa czystość i tylko dwie łazienki na cały budynek, co oznacza stanie w kolejkach do toalety i prysznica (im dalsze miejsce w kolejce tym mniejsze szanse na ciepłą wodę).

W świecie tadżinów

Idziemy coś zjeść. Widać, że ceny w knajpach w medynie przygotowane zostały specjalnie z myślą o turystach. Pytamy jednego z ulicznych sprzedawców, czy mógłby polecić nam jakiś lokal. Mężczyzna zostawia swój sklepik i prowadzi nas do klimatycznej restauracji z tarasem na dachu. Dziękujemy za pomoc i siadamy do stołu. Nie mogę doczekać się spróbowania marokańskiej kuchni. Wydaje mi się, że jest podobna do tureckiej, którą uwielbiam.

Szybko przekonuję się, że niestety nie jest. Przyprawy sprzedawane na ulicach pełnią chyba funkcję dekoracyjną, gdyż zamawiane przez nas dania (nie tylko pierwszego dnia, ale przez cały tydzień) są zupełnie bez smaku. Do tego w menu widnieją zazwyczaj maksymalnie cztery pozycje – tadżin, kuskus, omlet i szaszłyk.

Smakuje niestety tak jak wygląda, czyli jak rozgotowane warzywa.

Tadżin. To słowo, przed którym nie uciekniecie, będąc w Maroku. Jest to nazwa glinianego naczynia oraz potrawy, którą się w nim podaje, czyli duszonych (zazwyczaj rozgotowanych) warzyw i pałek kurczaka. Za pierwszym razem jest nawet okej – pod warunkiem, że samemu się dosoli i dopieprzy. Jednak, gdy słyszymy „tadżin” po kilku dniach, niektórzy decydują się na zakup snickersów na obiad. Tym sposobem naszym ulubionym daniem w Marrakeszu zostaje pizza. Może to pech co do wybieranych lokali, jednak nie zostajemy fanami marokańskiej kuchni. Dodam, że nie jestem wybredna, jeśli chodzi o jedzenie i rzadko kiedy coś mi nie smakuje (bez narzekania zjadłam żaby w Wietnamie czy skorpiony w Tajlandii).

Bohater wyjazdu – tadżin.

Czy w Maroku jest bezpiecznie? Spotkanie z ulicznym gangiem

W Marrakeszu spędzamy dwa dni. Głównie na szwendaniu się po mieście, jedzeniu tadżinów, (które potem zamieniamy na pizzę) i piciu tradycyjnej zielonej herbaty z miętą i cukrem. Ostatniego wieczoru z dwójką przyjaciół idę kupić pocztówki. Ulica koło naszego hostelu jest akurat zamknięta z racji odbywających się na niej modlitw. Młody chłopak zagaduje do nas i mówi, że pokaże nam inną drogę na plac. Idziemy za nim, rozmawiamy. Stwierdzamy, że Marokańczycy nie są tacy straszni jak się o nich mówi – to już nie pierwszy raz, gdy ktoś nam pomaga.

Po jakimś czasie dociera do nas, że coś jest nie tak. Za każdym zakrętem na wąskich uliczkach widzimy coraz mniej ludzi, w okolicy nie ma już żadnych obcokrajowców. To zdecydowanie nie wygląda jak droga na najbardziej turystyczny plac w Marrakeszu… Zatrzymujemy się i mówimy chłopakowi, że zapomnieliśmy czegoś z hostelu i musimy iść. Dziękujemy mu za pomoc i odwracamy się, ale on zatrzymuje nas, oświadczając, że mamy zapłacić za pomoc.

Nie chcemy problemów, więc wyciągamy 10 dirhamów (ok. 4 złotych) i wręczamy naszemu „przewodnikowi”. Mówi, że za mało. Chce 200 dirhamów. Zerkamy na siebie z lekkim zdenerwowaniem. Do chłopaka dołącza dwóch innych typów – jeden zachodzi nas od tyłu, drugi stacje z boku. Jesteśmy otoczeni. Na uliczce nie ma nikogo oprócz nas. Najgrubszy członek ulicznego gangu mówi poważnym głosem, że mamy wyskakiwać z kasy. „I help you, you pay”. Serce zaczyna mi bić szybciej. Co jeśli wyciągniemy 200 dirhamów, a oni stwierdzą, że jednak wezmą cały portfel albo, co gorsze, plecak z paszportami. Wymieniam się spojrzeniami z przyjaciółmi. Znamy się już na tyle długo, że bez zbędnych słów podejmujemy decyzję – uciekamy.

Rozpoczyna się nasz bieg przez medynę. Wszystkie uliczki wyglądają tak samo, staramy się przypomnieć sobie drogę powrotną do hostelu. Mijamy przechodniów, którzy patrzą na nas jak na uciekających przestępców. Nie wiemy,czy jest tu więcej osób z ekipy naszego „przewodnika”. Chcemy jak najszybciej dotrzeć do głównej drogi. Odwracam się, żeby sprawdzić, czy są za nami. Na szczęście już ich nie ma. Lekko roztrzęsieni, szybkim krokiem wracamy do hostelu. Po ochłonięciu sprawdzamy na Google Maps miejsce, do którego zaprowadził nas chłopak. Za następnym zakrętem była już tylko ślepa uliczka… Tak w skrócie żegna nas Marrakesz.

Nie piszę tego, żeby kogokolwiek zniechęcać do wizyty w Maroku. W trakcie podróży spotkałam tam wielu sympatycznych i pomocnych ludzi. Warto po prostu zachować ostrożność, nie wychodzić samemu po zmroku i nie dawać się zaciągać w boczne uliczki. Jedno oko mieć na Maroko, drugie na swój plecak z portfelem i dokumentami. 🙂 Być może po powrocie z Azji stałam się zbyt ufna (przez dwa lata nigdy nie przytrafiła mi się tam żadna niebezpieczna sytuacja) i dlatego prawie dałam się okraść.

Czy w Maroku można kupić alkohol?

Nie żebym nie mogła wytrzymać kilku dni bez alkoholu. Są jednak sytuacje, po których aż się prosi o szklankę napoju procentowego. Myślę, że ucieczka przed ulicznymi rabusiami jest przykładem takiej właśnie sytuacji. Poza tym, alkohol (w małej ilości) świetnie sprawdza się jako środek odkażający i może uchronić przed problemami żołądkowymi (potwierdzone info – wśród siedmiu osób z naszej grupy, jedna, która nie piła, następnego dnia miała zatrucie pokarmowe).

Na niektórych stronach internetowych widnieje informacja, że w marokańskich sklepach nie dostanie się alkoholu. Jednak jak mówi polskie przysłowie – kto szuka ten znajdzie. W Marrakeszu alkohol dostępny jest w sieci sklepów Carrefour. Nie na dziale napojów, ale w osobnym pomieszczeniu podpisanym „La Cave”. Lokalnym mieszkańcom sprzedawczynie butelki zawijają w specjalny papier. Nas nie obowiązywała ta zasada. Alkohol jest oczywiście dość drogi.

Przez dwa dni Marrakesz zdążył mnie zaskoczyć, przerazić, oczarować i zmęczyć. W tym mieście nigdy nie wiadomo, co czeka na ciebie za rogiem – rozpędzony skuter wymijający ludzi slalomem, bezzębny dziadek, oferujący haszysz ze skarpety czy wyczillowany wielbłąd. Jedno jest pewne – cokolwiek by to nie było, obok na pewno będzie knajpa z tadżinami.

Nie wiem dlaczego, ale nie zrobiłam w Marrakeszu za wielu zdjęć (taka ze mnie blogerka… chyba byłam zbyt zajęta jedzeniem tadżinów). To miasto ma oczywiście do zaoferowania dużo więcej niż to pokazuje moja biedacka fotorelacja. 🙂

Mam za to więcej zdjęć z Sahary – możecie zobaczyć je w tym wpisie oraz z Essaouiry – tutaj.

10 komentarzy

  1. Dobrze, że Wasza “przygoda” z miejscowym “przewodnikiem” zakończyła się tylko na strachu. Jak to w podróży, warto mieć oczy dookoła drogi. Gdy byłyśmy ze znajomą w Tangerze, też oferowali nam podobną pomoc. Na szczęście bez przygód. Miałyśmy jednak wrażenie, że mimo pozornego wrażenia, że miasto żyje w swoim chaosie i nikt nie zwraca na nas uwagi, to jednak byłyśmy bacznie obserwowane. Co nie zmienia faktu, że Maroko ma swój niepowtarzalny urok, a wycieczka w tamte strony to ciekawe doświadczenie. Pozdrowienia 🙂

    1. W naszej grupie było kilku chłopaków, więc nie czułam się za bardzo obserwowana, ale podejrzewam, że jakbym pojechała tam sama to miałabym podobne odczucia do Twoich. 🙂 Ale fakt, że mimo wszystko kraj jest przepiękny i ma swój urok!

  2. Normalnie,jakbym widziała siebie w Maroko.
    Miesiąc czasu dał mi sie we znaki.
    Piękny kraj,ale Marokańczycy to inna bajka.
    Krętacze,naciagacze,wyłudzacze pieniędzy za pokazanie zakrętu w prawo,albo w lewo.
    Kozy na drzewach…my zdjęcia,a tu zza drzewa chłop i chce kasę,dajemy banknot…za mało.Bo za drzewami jeszcze sześciu chłopa.
    Kraj ,gdzie nikt nie ma pojęcia o ekologii,wszędzie tony śmieci.
    Tadżin to inna historia.Smakowało,ale jaki widzieliśmy z czego to robią i sami doprawialiśmy.
    Pozdrowienia-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *