Melaka – najstarsze i najbardziej kolorowe miasto Malezji

Mojemu wyjazdowi do Malezji towarzyszyły dwie misje.

Misja 1.: Kupić nowe buty. Nie dlatego, że jestem maniakiem zakupowym. Wręcz przeciwnie, już na samą myśl o chodzeniu po galeriach handlowych czuję się zmęczona. Jednak znalezienie w Wietnamie sandałów damskich w rozmiarze 40, na które nie musiałabym wydać połowy wypłaty, było zadaniem, któremu nie udało mi się sprostać.

Misja 2.: Odpocząć od miejskiej dżungli, smogu, hałasu i szalonego ruchu drogowego, czyli wszystkich nieodłącznych elementów życia w Hanoi.

Pierwszą misję udało mi się zrealizować dość szybko. Kuala Lumpur to prawdziwy raj zakupowy. Miło było znów mieścić się w rozmiar M, podczas gdy w Wietnamie ledwo wciskam się w XL…

Misja druga wymagała nieco więcej wysiłku, gdyż zakładała wyjazd ze stolicy Malezji. Z racji, iż zostały mi tylko dwa dni, musiałam zdecydować się na miejsce położone blisko Kuala Lumpur. Poznana w hostelu dziewczyna poleciła mi wyjazd do Melaki. Nigdy wcześniej nie słyszałam o tym mieście, ale było położone tylko 2 godziny drogi od KL, co czyniło je idealnym celem mojej podróży.

Melaka

Powitanie w malezyjskim stylu

Melaka przywitała mnie najbardziej nieogarniętym kierowcą Graba (Grab to azjatycka wersja Ubera), z jakim miałam do czynienia.

– Jak tam dojechać? – starszy pan pokazuje mi adres w telefonie.

– Yyy… nie wiem? – jestem w mieście od pięciu minut, proszę mi wybaczyć, że nie znam rozkładu wszystkich ulic.

– No, ale gdzie to jest? – kierowca nie daje za wygraną.

Zaczęłam zastanawiać się, czy w samochodzie jest ukryta kamera, czy to po prostu jego pierwszy dzień w pracy. Pokazałam panu jak włączyć aplikację Google Maps i wpisać adres. Na szczęście nie musiałam uczyć go, jak prowadzić samochód.

Czerwone stare miasto i inne atrakcje Melaki

Melaka od początku zrobiła na mnie dobre wrażenie. To najstarsze miasto Malezji pełne jest różnorodnych budowli, kolorowych murali i klimatycznych knajpek. Melaka była kolonią portugalską, holenderską, brytyjską oraz japońską. Architektura miasta jest więc połączeniem stylu europejskiego z azjatyckim. Obok chińskich świątyń stoją tu portugalskie kościoły.

Główną atrakcją jest Dutch Square, nazywany Czerwonym Placem ze względu na kolor otaczających go budynków. Obok kościoła i ratusza zobaczyć można kolorowe, kiczowate riksze. Fani tego typu wynalazków mogą przejechać się po mieście w towarzystwie Spidermana, Hello Kitty czy Pikachu. Nieodłącznym elementem placu są także chińskie wycieczki, których uczestnicy robią sobie sto selfie na minutę.

Czerwony kościół w Melace

Melaka, kiczowate riksze, Hello Kitty

Moim ulubionym miejscem w Melace był nadrzeczny bulwar. Dużo spokojniejszy niż starówka, pełen urokliwych kawiarni i barów. Szczególny klimat panuje tam wieczorem, gdy miasto jest pięknie oświetlone.

Bulwar w Melace

Melaka

Popularną atrakcją Melaki jest także ulica Jonker Street, znajdująca się w dzielnicy chińskiej. Oprócz świątyń, pełno jest tam sklepików z pamiątkami, restauracji czy stoisk z tatuażami z henny. Stwierdziłam, że to idealna okazja na zrealizowanie mojego marzenia o indyjskim tatuażu.

Tatuaże z henny w Melace

Spotkanie z policją

Jedną z najlepszych rzeczy w Melace nie były jednak budynki, ale ludzie. Otwarci, uśmiechnięci i chętni do rozmowy i podzielenia się wiedzą na temat swojego miasta. Na poniższym zdjęciu siedzę w indyjskiej knajpie z malezyjskimi policjantami. Tym razem nie wpadłam w kłopoty z prawem, lecz dostałam zaproszenie na lunch. Podczas ‘wspólnego posiłku’ jadłam jednak tylko ja. W Malezji trwał akurat Ramadan, w trakcie którego muzułmanie nie mogą pić ani jeść od świtu do zmierzchu. W związku z tym zamkniętych była większość restauracji i knajp. Jednak te, które pozostały otwarte, serwowały genialne jedzenie!

Lunch z policją w Melace

Powrót i dziwny Malezyjczyk

Koniec wyjazdu nie należał do najbardziej udanych. W autobusie dosiadł się do mnie Malezyjczyk, który non stop dziwnie się na mnie patrzył i ukradkiem robił mi zdjęcia. Jakby tego było mało, chwilę później zaczął udawać, że śpi, a jego głowa akurat opadała na moje ramię… Obudziłam go i poprosiłam, żeby się przesunął. Przeprosił i próbował nawiązać konwersację, jednak jego dziwne spojrzenie sprawiało, że wolałam iść spać niż kontynuować rozmowę.

Gdy dojeżdżaliśmy do dworca autobusowego w Kuala Lumpur widziałam, że z włączonym aparatem zbiera się do poproszenia o wspólne selfie. Ułatwiłam mu zadanie i zaproponowałam zrobienie zdjęcia, ciesząc się w duchu, że nasze drogi zaraz się rozejdą. Moja radość niestety nie trwała długo, gdyż dziwny osobnik postanowił iść za mną.

– Gdzie teraz jedziesz? – usłyszałam jego głos po wyjściu z łazienki.

– Na zakupy – wydawało mi się to dobrą odpowiedzią, przecież koleś nie będzie chciał jechać do galerii handlowej.

– O, to tak samo jak ja! – No pięknie…  – Mogę się dołączyć?

– Szczerze mówiąc, wolę jechać sama. Ale miło było cię poznać! Pa!

Gdyby zachowywał się normalniej, nie miałabym nic przeciwko wspólnemu łażeniu po mieście. Poznawanie nowych ludzi jest jedną z rzeczy, za które kocham podróżowanie. Nie miałam jednak dobrych przeczuć w związku z napotkanym chłopakiem. Jakim creepem trzeba być, żeby śledzić ludzi po wyjściu z autobusu i czekać na nich przed toaletą?

Ruszyłam w stronę kasy biletowej, licząc, że dotarła do niego informacja, że dalej chcę iść sama. Niestety nie dotarła. Zamówił bilet na tę samą stację…

Kolejną nadzieją na zgubienie tego człowieka było wybranie przeze mnie przedziału dla kobiet w pociągu. Dziwak oczywiście wsiadł za mną.

Pociąg w Kuala Lumpur, przedział dla kobiet

– ‘For ladies only’ – pokazuje mu znaki. – Czy możesz sobie stąd iść?

Zero odpowiedzi, jedynie głupawy uśmiech. Nie pomogły upomnienia innych dziewczyn, żeby opuścił wagon.

Moje poirytowanie zaczęło przeradzać się w lekki niepokój. A co, jeśli ten dziwny typ zajmuje się porywaniem kobiet do Chin? Otuchy nie dodawał mi niedawno przeczytany artykuł o handlu żonami w Państwie Środka, które zmaga się obecnie z problemem braku kobiet. Wizja małżeństwa z Chińczykiem niezbyt mi się uśmiechała, więc postanowiłam za wszelką cenę zgubić podejrzanego mężczyznę.

Wychodziłam z pociągu z ułożonym w głowie planem ucieczki. Oczyma wyobraźni widziałam już siebie biegnącą po zatłoczonym dworcu ‘KL Sentral’ z plecakiem i reklamówkami pełnymi zakupów.

Los jednak się do mnie uśmiechnął. Dziwny typ postanowił się pożegnać i ruszyć w swoją stronę. Co za ulga, już myślałam, że poleci za mną do Wietnamu…

Czy warto wybrać się do Melaki?

Zdania są podzielone. Jedni wracają po kilka razy, inni z rozczarowaniem stwierdzają, że nic tam nie ma. Moim zdaniem warto. Chociażby ze względu na różnorodność architektury, mnogość kolorów i uśmiechy lokalnych ludzi, którzy nadają miastu niepowtarzalny klimat. Nawet jeśli czasem trafi się na dziwaków, którzy w wolnym czasie lubią śledzić turystów…

Więcej wpisów z Malezji można znaleźć tutaj 🙂 

Melaka, ludzie, Malezja, Hindusi

Melaka, ludzie

Kolorowe domy w Melace

Melaka, rzeka

 

Uliczka w Melace

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *